Miuzik
bo o gustach się dyskutuje!

Kobieta z przeszłością, mężczyzna po przejściach…

Nie wiem jak wy – ja uwielbiam oglądać i słuchać różnorakie muzyczne smaczki – a to, jakiś niespodziewany duet się mnie przez youtube przewinie, a to cover nigdy wcześniej nie zasłyszany, a to ktoś muzycznie do usranej śmierci zaszufladkowany z tej szufladki umknie. Przedmiotem tej notki będzie przypadek z pierwszej i zarazem ostatniej kategorii. Kto by się spodziewał, że posiadacz cholernie nieszablonowego głosu, głosu jednej z najważniejszych kapel w historii, będzie w rytm niekoniecznie wysublimowanej muzyki pląsał z miłą, gorącą, raczej mało znaną panią?

 Drodzy państwo: Alisson Kraus & Robert Plant – Gone, Gone, Gone (Done Moved On):

„Mały, skoczny shit” – tak oto podsumował powyższe niejaki Slavoy, organom znany. „Strange things are happening” – odpowiada Alisson. Zaiste, dziwną rzeczą jest, iż z owym panem przyjdzie mi się w kwestii muzyki nie zgodzić. Acz, tak nie do końca…

Tak jak każdy muzyczny nieanalfabeta starszego pana znać musi, tak ową kobitkę tak radośnie pomykającą niekoniecznie. Mistrzyni bluegrassu – mówią źródła, ja na tym zakończę, bo wszak Miuzik to nie wikipedia, a biografia owej białogłowy nie wydała mi się aż tak strasznie interesująca by nią swój tok myślowy mącić. I co? I nagrali sobie płytę, płytę okrutnie dziwną. W każdym bądź razie – Plant został zdominowany. Nie tyle głosowo, co muzycznie sensu stricte, co dziwić nie może. Ale i nie przekonuje. Nie znam bluegrassu, ale jeślić jest tym, co na Raising Sand się nam objawia, to i raczej niekoniecznie będę śpieszyć do poznania. Przede wszystkim – płyta brzmi jakoby najzwyczajniej im się nudziło. Okrutnie ziewające ballady, głosy bez większej energii. Słowem – coś dla koneserów. Niekoniecznie złe, ba! pewnie recenzje piały zachwytami, ale nie dla mnie te klimaty. Może dla Slavoya? Wszak skoczności wiele tam nie uświadczy, przymiotnik „mały” w jego ocenie jest dla mnie nadal zagadką, a „shit” – cóż, nie ta kategoria, nie przyrównujmy Planta i w sumie twórczej pani do Britney na ten przykład…

Renifer  

PS. Czas mija, publika czeka (a co, pomarzyć można) a moje możliwości twórcze nadal mizerne. Mam niejako usprawiedliwienie, właściwie to dwa. Pierwsze wypada raczej nazwać pretekstem – mianowicie, klawiaturę zmieniłem i aprowizacja trochę musiała potrwać. Drugie, cholernie sensowne. Bo zazwyczaj jest tak, że aby notkę napisać, trzeba wcześniej czegoś posłuchać, przesłuchać, obsłuchać i tak było i tym razem. A gdy w łapy wpada The Doors Box Set… Our apologies to Matt Damon, we ran out of time!

8 Responses to “Kobieta z przeszłością, mężczyzna po przejściach…”

  1. Szczerze to mnie ten kawałek się w ni cholere nie podoba. Jak chce sobie coś skocznego posłuchać, to włączam rock n rolla a nie jakąś niebieskątrawę. Ni to fajna kompozycja, solówki nie uświadczysz – nie dla mnie.

  2. jutub jakość zeszmaca to raz, dwa, że tu o skoczność nie chodzi raczej, a o współgranie głosów, które rzeczywiście jest dobre – jak będziesz miał okazję posłuchać na lepszym sprzęcie niż komputerowych głośnikach, to się przekonasz ;)

  3. Szczerze powiedziawszy, nie słyszałem do czasu “Rising Sun” o Pani Krauss, nie wiem co to jest bluegrass, słucham innej muzyki (na chwilę obecną leci album “Absolution” new-prog’owego Muse), więc nijak do koneserów nie można by było mnie zaliczyć. A pomimo tego wszystkiego płyta duetu Krauss – Plant mi się bardzo podoba. Dlaczego? Pierwsze primo: dla mnie jest to odstępstwo od tego, co zwykle słucham (ileż można słuchac Queenu, Zeppelinów, Republiki, Bowie’go, Cave’a i Muse? :P ). Drugie primo: dla mnie album jest cholernie rytmiczny. Trzecie primo: “Rising Sun” ma swój klimat! Czarny, gęsty. Bardzo charakterystyczny.

    Pozdrawiam,
    AmaD :)

  4. Kochasiu, hm… ale zasada odstępstwa to nie jest czynnik, na który w ocenie muzyki powinno się powoływać? Bo przeca Mandaryna będzie dla mnie odstępstwem od Doorsów, niet? :P

    A teraz – chcesz rytm, masz rytm: http://pl.youtube.com/watch?v=RMP10siqqgU . Klimat tam faktycznie, jest, ale bardziej właśni piaskowy, niż czarny – ale fakt, tu niczego tej płytce nie można zarzucić. Ale ogólnie – ona jest taka ni w ucho, ni w pizdę, chyba, że się chce posmęcić. ;)

  5. Mandaryna to nie muzyka :P Nie sprowadzaj jak to ładnie ująłeś “zasady odstępstwa” do takich idiotycznych przykładów ;-) Bo widzisz … w pokoju, w którym się nie wietrzyło przez kilka tygodni, powiew świeżości zrobi wiele dobrych rzeczy. Ale oczywiście o ile ktoś nie będzie chciał wywietrzyć tego pokoju za pomocą dymu z kominka :D A linka looknę kiedy będę miał więcej czasu i ochoty. A klimat wybitnie nie jest piaskowy :P (Cokolwiek kryje się pod tym pojęciem :D ).

  6. AmaDeuszu S. – zagienłeś mię temym porównaniem, i coby nie mówić, muszę się przyznać do porażki – ale, nadal nie uważam, aby bycie odstępstwem było miernikiem wartości muzyki.

  7. Jedynym miernikiem – nie. Ale wpłynąć na ocenę piosenki/albumu/wykonawcy może ;-)


Leave a Reply