Miuzik
bo o gustach się dyskutuje!

In the name of love…

Oto świetny przykład, że muzyka nie musi być trudna, aby porywać.

“Pride” zespołu U2 to ich pierwszy wielki hicior.  Może jakaś w tym rola tekstu, traktującego o Martinie Lutherze Kingu. Wg mnie jednak, to zasługa prostej melodii i ciekawego wokalu. Przecież ten kawałek zna każdy, rusza on, wg mnie, równie dobrze jak “Tutti Frutti” Little Richarda(zamieszone wcześniej przez renifera). Oddaję głos panom z U2.

(wybaczcie, ale wideo ma słabą synchronizację)

5 Responses to “In the name of love…”

  1. Najpierw o ogólnej tezie wpisu – “muzyka nie musi być trudna, aby porywać”. Z tym się absolutnie zgadzam. Wystarczy rzucić okiem na punk-rock’owców, którzy w swej działalności artystycznej opierali się właśnie na prostocie.

    Teraz do omawianego utworu … Według mnie zachwyty nad tym utworem są … nieuzasadnione. Wybaczcie, ale mnie on nijak nie porywa. Ot, zwykła rzemieślnicza robota. Jakiej wiele. Prostata w tym przypadku nie jest wadą. Najważniejsze jest to, że przynajmniej moim zdaniem ta piosenka nie ma … duszy? Mnie nie porywa, nie przemawia do mnie. Zresztą, moim zdaniem ta cecha charakteryzuje całą twórczość U2. Usłyszysz jeden utwór tych Panów i znasz praktycznie całą ich twórczość. Brak głębi.

  2. ii tam panie, ja widze sporą różnicę miedzy takim Elevation a Beautiful day ;)

  3. Różnica jest, ale czy wielka? No, nie wiem. Dla mnie muzyka U2 jest nadmiernie schematyczna. Nie twierdzę, że to zły zespół. Ba, oni są dobrzy, może bardzo dobrzy, ale nie genialni, nie porywający. Rzemieślnicy. Solidni i dobrzy. Ale bez głębi czy błysku.

  4. Ja też nie twierdzę że to bogowie, bo nie miałbym słów na określenie połamanych kawałków megadeth ;)

  5. jedni moga nazywać to schematycznością czy wtórnościa, a dla innych będzie to “charakterystyczne brzmienie” zespołu :)


Leave a Reply