Miuzik
bo o gustach się dyskutuje!

Phil Collins – z Genesis i bez

Nigdy nie lubiłem tego dziada. Może dlatego, że tata go lubił, a ja zawsze chciałem mu dogryźć. Teraz posłuchałem, polubiłem, skuliłem potulnie ogon…

Napisałem “Dziada”, bo tak o nim wtedy myślałem. Kiedy tata słuchał Collinsa, ja zamykałem drzwi i starałem się go zagłuszyć nieśmiertelnym It’s my life Bon Joviego. Wiem, głupi byłem. Teraz też jestem, ale nie jest to tak widoczne ;) Pierwszym moim utworem Genesis był Land of Confusion usłyszany w radiu. Oczywiście, spodobało mi się, ale nie wiedziałem kto to śpiewa. Potem jeszcze był Jesus he knows me i inne hiciory. Dopiero z nadejsciem do mojego domu Internetu i wspaniałego (baczność) YouTube (spocznij) sprawdziłem te utwory. Jak zobaczyłem klip do LoC zbierałem szczene z podłgi (właściwie to z biurka).

Ciekawy, prawda? Teraz kojarzy mi się głównie z Jeffem Dunhamem
i jego lalkami.

Po odejściu z Genesis Collins odszedł też od progres rocka. Na dobre mu to wyszło.

Soundtrack z disneyowskiego Tarzana.  Dostał za niego Grammy, całkiem zasłużenie. Nawet jak jest się zatwiardziałym metalem czy emobojem, piosenka musi sie podobać.

No i coś starszego, też hicior nie z tej ziemi.

Na deser, w klimatach szybko-skocznych:

I jeszcze jedna sprawa. Ciekawej rzeczy się dowiedziałem:

Collins został opisany przez Julie Burchill w NME jako “najbrzydszy człowiek od czasów George’a Orwella”.

za wikipedia.org

Może się nie znam, ale widziałem wielu “brzydszych” ludzi, nie tylko artystów.
Przykład? Voila!
KLIK

No może przegiąłem :) Teraz z grubej rury:

KLIK!
Gdyby iloraz inteligencji mierzyć w milimetrach, które dzielą linię brwi od linii włosów, Britnej osiągnęłaby wynik w granicach 200.

Slavoy

One Response to “Phil Collins – z Genesis i bez”

  1. Ekhm, ekhm, pisować, publika czeka. Dawać notki.


Leave a Reply